or rather to keep my blog alive ;) tak, tak... corka marnotrawna wraca ;) ale tylko na trzy slowa, zeby nie zapomniec calkowicie...
skomentuj (2)
No wiec po dzisiejszej terapii postanowilam, ze nie bede myslala o byciu z kims dopoki nie dowiem, sie dlaczego warto byloby ze mna byc. Dopoki nie uznam, ze mam cos do zaoferowania poza tym, ze moge tylko kogos obarczyc swoimi problemami, nie zamierzam w ogole zajmowac sie tym tematem.
Wynik terapii pewnie mial byc inny - pewnie mialam uwierzyc w to jaka jestem jednak fajna, albo przynajmniej znalezc sposob, zeby w to uwierzyc.
Szczerze? Mam wrazenie, ze moje zycie w tej kwestii jest przesadzone.
Coz.
Bywa.
SAMA NIE WIEM CZEMU ON MIALBY CHCIEC BYC ZE MNA BARDZIEJ NIZ Z KIMKOLWIEK INNYM.
Moj odwieczny problem torpedujacy wszystkie dzialania zmierzajace do tzw. bycia z kims ;)
Chce znac odpowiedz!
Terapio sobotnia uratuj!
wypadkow zyciowych ;)
No tak sie jakos stalo, ze faktycznie ten blog stal sie glownie kronika moich upadkow. Mam potrzebe zapisywania tego, co sie dzieje i co mysle i co czuje kiedy jest "gorzej". Juz brak mi eufemizmow na okreslanie tego stanu. A potrzebe mam dlatego, ze mysle sobie, ze jesli sie wreszcie kiedys odwaze pojsc na prawdziwa terapie to te notatki bardzo mi to ulatwia. Bo dzieje sie tak, ze celowo wymazuje z pamieci te wydarzenia i uczucia, ktore nie sa "fajne", zeby moc sie w pelni cieszyc tym kiedy "fajnie" jest faktycznie. No wiec wlasnie. W sumie nie ma o czym mowic, standard, choc rzeczywiscie jest lepiej niz bywalo. Zwykle natretne do nieprzytomnosci mysli, nie sa az tak natretne, a niemoznosc zastopowania lez nie jest az tak "niemozna".
Rzecz w tym, ze nie wierze w nic co robie, tzn. nie wierze, ze moze sie udac, tzn. teraz nie wierze, za dwa dni wiara powroci.
Przy okazji mojego pierwszego solowego koncertu uslyszalam pare cudownych slow na swoj temat. A nawet nie tylko przy okazji tego nieszczesnego koncertu. Czemu nie wierze, kiedy ludzie mowia mi, ze jestem "wspaniala"? Co musi sie stac, zebym uwierzyla? Zebym uwierzyla, ze moj glos porusza ludzi tak gleboko, ze nie moga powstrzymac lez ze wzruszenia? Zebym uwierzyla, ze to, co mysle i mowie ma dla kogos znaczenie, i zwyczajnie nie jest "glupie"? Zebym uwierzyla, ze moge z kims byc, ze ktos mnie pokocha, ze da sie mnie kochac?
Nie da sie od siebie uciec. Moze czasami mamy takie zludzenie i jestesmy najszczesliwsi pod sloncem, ze choc na moment to nie "swoje" oczy widzimy w lustrze.
Jak bardzo chcialabym zeby ta pustka i burdel w jednym byly jedynie tzw. "fochem"...
Ok, here's the deal. Kolejna rozmowa z matka z serii "szczerych".
Ona do mnie: "Masz 25 lat i wlasciwie nie masz nic."
Ja: "A co ja mam miec w wieku 25 lat?"
Ona:"A Iza? Ona ma 30 i zobacz co ma!" Ja: "Mamo, czy ty wreszcie zrozumiesz, ze ja nigdy nie bede tzw. kobieta sukcecu, nigdy nie bede miala wlasnej restauracji ani firmy. Jesli o mnie chodzi to moge cale zycie mieszkac w wynajetym mieszkaniu, nie ma to dla mnie znaczenia!"
Ona (z placzem): "Wiesz, czasem jak cie slucham to juz nie wiem co mam myslec..."
Ja: "Ale nie rozumiem, w jakim sensie?" Ona: "Bo ja bym chciala po prostu wiedziec czy na starosc moje dziecko sie mna zaopiekuje" (placze)
Ja: "Ja sie toba zaopiekuje tak jak inne dzieci swoimi matkami, ale nie tak jak ty sobie to wyobrazasz, ja ci nie zapewnie oplywania w luksusy na starosc. Na to pracowalas cale swoje zycie. Nie mam obowiazku kupowania ci domu na Florydzie z basenem i sluzacymi!"
Ona:"A ja mialam obowiazek wzgledem ciebie tak?"
Ja: "No tak sie sklada ze mialas, urodzilas mnie, pamietasz?"
Itd. Itd.....
I tak w kolko. Co jest najbardziej przykre? Ze mojej matce nie zalezy na tym, zebym byla szczesliwa, tylko na tym zebym jej zapewnila utrzymanie, a dopiero potem ewentualnie zyla tak jak chce, bo w koncu musze splacic swoj dlug... Czy ja jestem naprawde wyzuta z uczuc, ze mam czelnosc myslec, ze skoro jest na tym swiecie o 25 lat dluzej niz ja, to mogla sie postarac o to, zeby sobie zapewnic godne zycie, a nie liczyc na jalmuzne i litosc? Co mam jej powiedziec? "Masz pecha, ze urodzilas sobie corke, ktora dla odmiany nie jest skonczona materialistka i moze jej nie zalezec na robieniu w zyciu tzw. kariery." A w koncu jak pogodzic mam w swojej glowie chec zycia wlasnym zyciem, z ciaglym poczuciem winy wzgledem mojej matki? Czy to nie jest jej wina, ze nie zadbala o to aby byc szczesliwa? Czy to moja wina, ze poswiecila sie utrzymywaniu mnie przy zyciu? Przeciez to byl jej wybor... Czy ja naprawde jestem jej winna cokolwiek innego poza milosia i szacunkiem, ktorych zreszta jest we mnie coraz mniej? Czy na prawde ja musze placic za jej bledy?
I nie miej tu czlowieku depresji i poczucia bycia nikim.
Gra winy. Ona obiwnia mnie za to, ja ja za tamto... Za co ja obwiniam ja? Za to, ze mam depresyjna osobowsc, za to ze faktycznie szanse na odniesienie sukcesu sa marne z poczuciem wlasnej wartosci jakim dysponuje, za to ze jestem gruba, za to, ze kiedy po raz pierwszy wyladowalam w szpitalu po przedawkowaniu lekow nie zaciagnela mnie sila do psychologa, za to ze nie byla rodzicem, za to, ze ugiela sie pod moimi grozbami, ze zrobie to jeszcze raz.
Bledne kolo, w koncu tez jestem juz dorosla i moglabym jakos postarac sie zadbac o te rzeczy sama.
Naprawde nie moge miec dzieci, tzn. nie wolno mi miec dzieci, a jeszcze nie daj boze corki, trzeba skonczyc ten obrzydliwy lancuch rodzinnych upokorzen i obiwniania sie (moja matka jest identyczna jak moja babka, co daje duze prawdopodobienstwo, ze bede taka sama).
Bede samotna ciotka wariatka. Co zrobic z silnym pragnieniem, zeby tak nie bylo, i z silnym przekonaniem, ze tak wlasnie bedzie?
I gdzie jest moj buddyzm i prawo przyciagania? Makabryczna hipokryzja. No i tak, nie moge pogodzic sie z tym, ze nie jestem idealna, radze innym , a jak przychodzi co do czego to spadam w ten sam dol. Kiepski ze mnie nauczyciel, wlasciwie najgorszy z mozliwych - nie umiem dac przykladu wlasnym zyciem. Gadac tylko umiem, tak jak teraz.
Gdzie moja sila? Gdzie moje przekonania? Gdzie moja pasja? Puf - nie ma, jak za dotknieciem magicznej rozdzki wszystko obraca sie w pyl pod naciskiem pytania "What's the point?"
W tym fatalnym stanie w jakim bylam jeszcze wczoraj (dzis juz jest troche lepiej), jakims cudem zmusilam sie do wejscia na moj super crosstrainer, niestety... nie wytrzymalam dlugo, bo jak tylko zadalam sobie pytanie "What's the point? Przeciez i tak nie bede wygladac jak ktos tam." to sie poplakalam i nie mialam juz sily nic robic.
No i wlasnie, tak jak napisalam w poprzedniej notce, rzecz nie w tym, ze to jest prawda, ze bede lub nie bede wygladac bosko, rzecz w tym, ze ta mysl sie pojawila, torpedujac moje wszelkie wysilki. I tak to wyglada drodzy panstwo! Przez miesiac zyje ci sie swietnie, chudniesz trzy kilo, piszesz nowe piosenki, uczysz sie jak oszalala, normalnie jestes "king of the world"! Ale potem przychodzi taka sroda, albo piatek, kiedy ten caly miesiac ciezkiej pracy nad soba legnie w gruzach. Nie ma nic. Z powrotem masz gruby tylek, piosenki sa do bani, a z tego czego sie nauczylas i tak juz nic nie pamietasz... So, what's the fuckin point???? Ile mozna upadac na dno i sie podnosic? Jak na razie idzie mi calkiem niezle, przynajmniej 10 lat praktyki, czy moge to umiescic w CV? "Dziesiecioletnie doswiadczenie w dostawaniu po mordzie od wlasnego mozgu, i w triumfalnym powracaniu do swiata zywych, co najwazniejsze - z nieslabnaca nadzieja na lepsze jutro!" Idealny pracownik! Dostaje kopa w tylek, ale podnosi sie i jeszcze ci dziekuje za "wartosciowe doswiadczenie, ktore umocni jego charakter"...
Jest ok. Jutro poniedzialek. Wracam. Z nieslabnaca nadzieja na lepsze jutro. Budujac wszystko od zera. Kurcze, ze tez naprawde nie wszyscy tak maja. Ostatnio niezmiernie mnie to zaskakuje!
Otoz, nie rzecz w tym, ze zycie jest do dupy bo nie jest. Rzecz w tym, ze jak pieprzony mechanizm moj mozg kaze mi myslec, ze zycie jest dupy. Kaze mi sie czuc beznadziejnie i myslec, ze jestem nic nie warta, ze jestem sama, ze nic mi sie nie udalo i nie udaje i nie uda. I choc wiem, ze to nie prawda, to regularnie to makabryczne sampoczucie powraca. Niezaleznie od tego jak bardzo kocham zycie, i jak swietnie sie czuje, przychodzi taki dzien... kiedy to wszystko sie liczy, po prostu nie ma najmniejszego znaczenia. I tylko te natretne mysli niszczace mnie i moje kontakty z ludzmi. Mysle o oknie, o samochodach, o nozach, nie dlatego zeby uciec od zycia, ktore tak bardzo kocham ale od tych dni, od tych mysli ktore nie pozwalaja mi kochac, wydlubuja ze mnie wszystkie pozytywne uczucia. Ostatnio kiedy pomyslalam o wyspie jak o ratunku zaraz potem pojawila sie mysl "tam i tak nikt na ciebie nie czeka". Chodzilam dzisiaj w deszczu po ulicach, to zawsze jakos tak doraznie pomaga i chcialam pojsc w miejsce, gdzie nie bylam od bardzo dawna. Na pewien most z ktorym chodzilam z moim ojcem, potem jak go juz nie bylo chodzilam sama zeby pomyslec, chodzilam tam tez z moja najblizsza przyjaciolka, ktora wymazalam z zycia pare miesiecy temu. Most zamkneli. Nie mozna na niego wejsc. Poczulam jakby zniknal ostatni bastion mojego poczucia bezpieczenstwa. Nic nie ma znaczenia. W kazdym razie podjelam decyzje, ze sie nie zabije. Dwie proby samobojcze wystarcza. Trudno, z myslami bede musiala zyc, zreszta i tak juz sie przyzwyczailam. Nie moglabym tego zrobic mojej matce, powaznie, myslalam o tym ostatnio i ona by tego nie przezyla, zniszczylabym ja. A w koncu mam nie ranic... Marze o tabletkach, ktore pozwolilyby mi to przespac. Alkohol jest o tyle beznadziejny, ze pomaga na chwile, potem jest jeszcze gorzej. A najsmieszniejsze w tym wszystkim jest to, ze za kilka dni bedzie wszystko ok.
skomentuj (0)
A wlasciwie o patriotyzmie i jego braku. A jeszcze konkretniej o tym, ze Polacy nie patrza w przyszlosc, ze zatrzymalismy sie gdzies dawno temu, w tym naszym umeczeniu i bycie "chrystusem narodow" odbija sie nieprzyjemna i meczaca czkawka do dzis. Przes to nie jestesmy w stanie zrobic niczego tu i teraz. "Ciagle tylko ta historia i historia" mowiac kolokwialnie. Mowilam wtedy, ze jestem dumna z faktu bycia Polka, szczegolnie za granica, nigdy tego nie ukrywam, opowiadam ile moge i ile wiem. Wtedy ktos zapytal sie mnie: "No tak, ale nam chodzi o konkrety. Z czego jestes dumna? Co jest takiego waznego w byciu Polka?". Nie umialam wtedy odpowiedziec inaczej jak, ze wlasnie historia, nasza historia jest wazna. Kultura, sztuka...
A dzis ogladajac spektakl w teatrze tv przezylam cos bardzo waznego. Zrozumialam. Choc troche. Zrozumialam, ze tych setek lat, a szczegolnie kilkudziesieciu ostatnich po prostu nie mozna, nie da sie ot tak zbyc. Nie da sie zbyc milionow ofiar, lat upokorzen, krwi, lez, strachu i wreszcie, a moze przede wszystkim odwagi siedemnastolatek ginacych z krzykiem "za Polske!".
I chyba faktycznie tak to juz jest, ze byc Polakiem to pamietac i mowic glosno o tych ktorym (jakze banalnie mowiac) zawdzieczamy wolnosc.
http://ww6.tvp.pl/6302,20061218435488.strona
based on your smile
im betting all of this might be over soon
but youre bound to win
because if im betting against you, i think id rather lose
but this is all that i have, so please
take whats left of this heart, and use
please use only what you really need
you know i only have so little, so please
mend your broken heart and leave
i know its not your style
and i can tell by the way that you move its real real soon
but im on your side
and i dont want to be your regret, id rather be your cocoon
but this is all that you have, so please
let me take whats left of your heart, and i will use
i swear ill use only what i need
i know you only have so little, so please
let me mend my broken heart
you said this was all you have
and its all i need
but blah blah blah
because it fell apart
i guess its all you knew
and all i had
but now we have
only confused hearts
i guess all we have
is really all we need
so please
lets take these broken hearts, and use
lets use only what we really need
you know we only have so little, so please
take these broken hearts and leave
Everything will be ok in the end. If it's not ok, it's not the end!
skomentuj (0)
Something in the way you love me wont let me be
I dont want to be your prisoner so baby wont you set me free
Stop playing with my heart
Finish what you start
When you make my love come down
If you want me let me know
Baby let it show
Honey dont you fool around
Just try to understand, Ive given all I can,
cause you got the best of me
Borderline feels like Im going to lose my mind
You just keep on pushing my love over the borderline
Keep on pushing me baby
Dont you know you drive me crazy
You just keep on pushing my love over the borderline
Something in your eyes is makin such a fool of me
When you hold me in your arms you love me till I just cant see
But then you let me down, when I look around, baby you just cant be found
Stop driving me away, I just wanna stay,
Theres something I just got to say
Just try to understand, Ive given all I can,
cause you got the best of me
Aaaaaaa!!!!!
Jade do Wloch na sylwestra!!!
Kochana Alutka - zawsze jej jakis szalony pomysl do glowy strzeli i konczy sie to tak, ze spedzamy sylwestra 2006/2007 na ulicach Rzymu!
Jestem taka podekscytowana!!!
Ach, te wieki historii i miliony istnien przemowia do nas z pozornie martwych kamieni!
Aha, no i Wlosi i wloski, mamma mia!!!
Mi dispiace, parlo anglese ma non parlo italiano ;)
No wiec mam plan na zycie ;)
HAHAHAHA
jak to cudnie brzmi ;)
Plan jest nastepujacy:
1. Mieszkac na wyspie
2. Utrzymywac sie z:
a)sprzedazy recznie robionej bizuterii
b)pracy w restauracji
3. Grac na gitarze i pisac piosenki
Jak dla mnie bomba ;)
So I ran faster
But it caught me here
Yes my loyalties turned
Like my ankle
In the seventh grade
Running after Billy
Running after the rain
These precious things
Let them bleed
Let them wash away
These precious things let them break
Their hold over me
He said you're really an ugly girl
But I like the way you play
And I died
But I thanked him
Can you believe that
Sick holding on to his picture
Dressing up every day
I wanna smash the faces of those beautiful boys
Those christian boys
So you can made me cum
That doesn't make you Jesus
I remember
Yes in my peach party dress
No one dared
No one cared
To tell me where the pretty girls are
Those demigods
With their nine-inch nails
And little fascist panties
Tucked inside the heart
Of ever nice girl
These precious things
Let them bleed
Let them wash away
These precious things
Let them break
Let them wash away
Tori Amos
mysle o kims i tesknie za kims. wiem jednoczesnie, ze z tym kims nie bede. nie dlatego, ze ten ktos mnie nie bedzie chcial ale dlatego, ze sama to zepsuje myslac wlasnie w ten sposob. problem nie w tym, ze "ja na niego nie zasluguje" ale w tym, ze on zasluguje na bycie z kims lepszym ode mnie. w jakim sensie lepszym? oczywiscie w sensie wygladu. to takie totalnie idiotyczne uczucie, ze taki fajny facet powinien byc z rownie fajna laska. nie wiem jak ja mam to wytlumaczyc, myslenie i nazywanie tego po imieniu strasznie boli. chodzi o to, ze ja mniej wiecej wiem jak powinna wygladac atrakcyjna kobieta. i siebie za taka nie uwazam. moge sie mamic nowym stanikiem, fryzura itd. ale nie zmienia to faktu, ze jestem przekonana, ze nikt nie zasluguje na znoszenie widoku tlustego brzucha i ud. na tym polga od zawsze problem - mam silne poczucie, ze jesli facet idzie ze mna do lozka to robi mi przysluge, ze robi to z litosci. stad to moje usilne "nienarzucanie sie" i bezsensowne jednonocne przygody - ja po prostu nie mam do siebie, "siebie cielesnej" za grosz szacunku. uwazam, ze seks ze mna to jakas kara, albo w ostatecznosci "przeczekanie na cos lepszego". brzydze sie tego, co teraz pisze. bo tak, jest to obrzydliwe myslec o sobie w ten sposob ale tak wlasnie mysle. najbardziej boli mnie teraz to, ze ja z tym kims bardzo chcialabym kiedys byc ale jak tylko o tym pomysle, automatycznie przychodzi do glowy mysl, ze nie moge, nie moge, bo on zasluguje na cos wiecej. to jest jakis koszmar, w ktorym tkwie od zawsze, nie wiem jak z tego wybrnac. udawalo mi sie to zagluszac, zagluszac nienawisc do wlasnego ciala spiewaniem w swietle lefrektorow, i nawet udawalo mi sie to dosyc dlugo. Tak, moge bez sztusznej kokieterii powiedziec, ze bylam podziwiana. Ale wszystko w ktoryms momencie peklo, i to chyba byl moment, kiedy kolezanka powtorzyla mi opinie jednego z gosci na moim recitalu: "kurcze, no super dziewczyna, swietny glos, tylko szkoda, ze taka gruba." Nigdy o tym tak nie myslalam, wtedy zbylam to smiechem ale dzis mysle, ze moze faktycznie wtedy to peklo i juz nie moglam ukryc sie na scenie, bo okazalo sie, ze i tak przebija z niej moj wyglad a nie glos. Potem byly studia, ucieczka w przesadny intelektualizm, napychanie glowy roznymi pomyslami, takimi jak ten, ze teraz skupiam sie na karierze naukowej i w zwiazku z tym i tak nie moge pozwolic sobie na zadne zwiazki. Jak rowniez ten, ze zwiazki w ogole sa beznadziejne, i jedyne co warto uprawiac to przygodny seks dla zabawy - bo przeciez tylko na taki moglam liczyc. Boli mnie to, ze mam 24 lata i patrze na moje kolezanki, ktore wychodza za maz, albo sa w jakich zwiazkach, a nawet jesli nie sa teraz to maja juz za soba jakies doswiadczenia. A ja mam poczucie straconego czasu i zdruzgotanego zycia emocjonalnego. Bo ja mam za soba "zwiazek" z kolesiem zza oceanu przez internet, ktory zakonczyl sie moja kilkumiesieczna depresja bo on mnie w koncu "rzucil" pomimo, ze kiedys byl w stanie dla mnie umrzec jak to sam deklarowal. I co jeszcze? "Zwiazek" z facetem, ktory zdradzal kogos ze mna przez 2 lata. A ja uwieszona jego rekawa jak kotwicy wierzylam, ze to jest milosc, ze moje czekanie pol nocy na jeden telefon, na laskawie znalezione 30 minut, wreszcie na szybki ekstremalny seks w "ekscytujacych" miejscach, ze to jest milosc... I co? Znowu depresja. W obu tych historiach i jeszcze w paru innych byly bardzo piekne momenty ale nie o momenty tu idzie. Idzie o to, ze ja jestem sama. I nie wiem, czy kiedykolwiek z kims bede. Zastanawia mnie czemu, skoro jest to tak duzym problemem, po prostu nie wezme sie w garsc i zwyczajnie nie schudne?! Czemu tak bardzo brakuje mi samozapracia, wytrwalosci, wiary w to, ze moze mi sie udac. Bo nie wiem, czy kideykolwiek pogodze sie z tym jak wygladam. A nawet jesli, to "pogodzenie" sie nie jest tym samym co "akceptacja i szacunek". Ostatnio powiedzialam, ze czekam na kogos kto bedzie chcial ze mna byc, po prostu bardzo, zwyczajnie chcial a nie, tak jak to sie teraz czesto zdarza, byl bo akurat tak sie zeszly okolicznosci. Ale jak ktos moze zechciec ze mna byc, skoro ja sama mu na to nie pozwole, skoro mnie samej nie miesci sie w glowie, ze ktos moglby tego chciec. Czuje sie jakbym byla w pulapce. Nie wiem co zrobic, zeby sie z niej wydostac.
skomentuj (1)przyszla mi do glowy pewna mysl. Przypomnialam sobie, ze ktos kiedys powiedzial, ze "samotnosc to miejsce, z ktorego patrzymy na swiat" i strasznie mi sie to spodobalo. A potem pomyslalam, ze przeciez samotnosc jest upokarzajaca, my sie jej wstydzimy i nigdy nie przestaniemy sie wstydzic. Dlatego jedyne co mozemy zrobic to dokonac wolty kulturowej i przedstawic samotnosc jako heroizm - swieta kultura singla i singielki - czy nie brzmi to smiesznie? Kiedy samotne, skupione na sobie zycie zaczelo byc bardziej wartosciowe od dzielenia sie? Niezlomny mit niezaleznosci... Mam dosyc.
skomentuj (0)
Najpierw chce napisac o tym, ze:
- koncowka wakacji byla cudowna. Imprezy na West Side Rd.i w Albionie przebily wiekszosc wczesniejszych.
- urodziny byly definitywnie najbardziej wybuchowe ze wszystkich dotychczasowych. Szalona jazda wypasionym autem, wynajety pokoj w hotelu, mnostwo uzywek, THE ROLLING STONES i najwazniejsze... ludzie ktorzy w bardzo krotkim czasie stali sie bardzo bliscy, w skrocie: O D L O T
- byl jeszcze jeden koncert, ktory o malo co nie przyprawil mnie o zawal serca: RED HOT CHILI PEPPERS w Bostonie - jak powiedzialam po koncercie : "I died and was born again!"
- no i bylo Chicago, troche za dlugo i troszke nudno ale ogolnie ok - w koncu nowych wrazen nigdy za wiele
- i jeszcze o tym, ze cholerne horoskopy jednak sie sprawdzaja... albo to my dzialamy tak, zeby sie sprawdzaly, no tak czy siak fakt faktem, ze cala gadka o ogromie inspiracji artystycznej w tym roku okazala sie trafna! I to do tego stopnia, ze kupilam gitare i powrocilam do mlodzienczych marzen o zostaniu gwiazda rocka. Z ta gwiazda rocka to moze lekka przesada, ale odkrylam po wielu latach zniechecenia, ze muzyka to faktycznie jest to czym chce sie zajmowac w zyciu najbardziej. A wszystko to dzieki (i tak, te imiona znajda sie na mojej pierwszej plycie w miejscu "podziekowania" ;) ) 007's (Rick, Andy, John i Wild Bill) Erikowi, Daveowi i Vaux.
- i jeszcze chce napisac, ze Alutka jest boska!
- i o tym, ze byl moment kiedy bylam prawie zareczona z Kinga i mowilysmy do siebie per "moja przyszla zono"
- i jeszcze o wtorkach z 007's w Trader's i czwartkach w Albionie
- i o Coronie jeszcze i Summer In The Glass
- no i oczywiscie o "late nights at Foster's"
- o Tice
- i o tym jednym niesamowitym wtorku w Nicksie sluchajac... Nicka i chlopakow ;)
- aaaa i o Sushi Bobie!
- o tych paru wtorkach z Monia (i Heinekenanmi i kanapkami z tunczykiem)na plazy, kiedy mialysmy wspolnie offa
- o najbardziej szalonej i niezapomnianej tanecznej godzinie z pewnym przystojniakiem Tomem S.
- ach no i defintywnie o jednym z najcudowniejszych dni spedzonym z Dougiem na plazy
- o "malzy - mydelniczce przyjazni" hahahaha i o "no a na moim ukochanym miejscu zdechl wieloryb" hahahahaha
- o przejazdzkach "szalona (i jak mwoie "szalona" to nie mam na mysli jakiegos udawanego szalenstwa typu pitu pitu, tylko szalenstwa "grozacego utrata zycia lub zdrowia", no!) taksowka" w srodku nocy
No dobra, jak cos jeszcze mi przyjdzie do glowy to zrobie kolejny update ;) Kolejnosc bez znaczenia!
A tak w ogole to zasiadalam do tej notki natchniona dwoma z rzedu "komediami romantycznymi" i chcialam pisac o kolejnym pudle milosnym, ktore w sumie nawet nie bardzo mialo szanse okazac sie pudlem bo... wyjechalam. I moze wcale by sie nie okazalo... No i wlasnie - sedno: to mnie najbardziej wkurza i zasmuca, ze nawet nie bylo czasu na sprawdzenie tego cholernego "i co dalej?". No i zasiadalam z takim zamiarem ale jakos tak teraz nie bardzo wiem co ja moge na ten temat napisac. Moge napisac, ze calosc zaczela sie za pozno, z drugiej strony lepiej pozno niz wcale, z trzeciej strony... No teskni mi sie za nim, a moze bardziej teskni mi sie za tym co moglo byc a nie bylo? Ok, to sa naprawde ostatnie tak beznadziejne wynurzenia na ten temat bo nawet mnie samej robi sie powoli niedobrze od tych, 'bylo, nie bylo, moglo byc" stratata! O! A to, co robie teraz, to sie nazywa blokada emocjonalna - lepiej obrocic wszystko w zart niz sie przyznac, ze tak, wierci mi ten temat mala dziure w brzuchu. Jakis czas temu ustalilysmy z Alutka, ze my strasznie sprytne bestie jestesmy: zrzucamy cala wine na facetow wmawiajac sobie i im, ze sa tacy zimni, ze uczuc nie okazuja, ze i tak tylko o jedno chodzi itd... "Bull shit" Drogie Panie! A moze czas przyjrzec sie sobie? Bo ja na przyklad jestem tak absolutnie, obsesyjnie wrecz, przerazona opcja "bycia bluszczem", ze wykrzykujac to swoje "ja sie narzucac nie bede" nie zauwazam jak inna, o niebo odwazniejsza i bardziej wyzwolona, sprzata mi faceta sprzed oczu, i to jak! A no tak, ze wybiegam z domu na odludziu o szostej nad ranem ryczac Alutce do sluchawki "przyjeeeedz pooo mnieee!"
W sumie "what did I expect?" znowu idealnie tu pasuje. No bo mysle sobie tak po cichu, ze taki facet tez juz pewnie nie do konca wie co robic jak mu sie szalona kochanka nad ranem, albo najpozniej przy sniadaniu zamienia w marmurowy posag z rownie marmurowym, a wiec lodowatym wyrazem twarzy "jak gdyby nigdy nic".
A wiec aktualnie chyba takie dwa zale po glowie sie paletaja: jeden to brak czasu (teoretycznie ode mnie niezalezny) no a drugi to zwyczajne spartaczenie roboty podyktowane glupimi lekami i brakiem pewnosci siebie (ajajaj - i to boli, ze hej!)
No a co teraz? Teraz zale wylane, mozna isc dalej. W koncu pare pracowitych miesiecy przede mna. Ale moze bedzie latwiej, bo wydaje mi sie, ze juz prawie wiem czego chce ;)
Wczoraj pytanie to okazalo sie byc aboslutnie uniwersalna odpowiedzia na wszystkie moje proby zrozumienia tego co ostatnio wydarza sie w moim zyciu. Nie ci faceci i nie te kobiety... Cala masa rozczarowan. Ale wystarczy, ze uswiadomie sobie, ze jesli cos sie zaczyna tak a nie inaczej no to... faktycznie "what did I expect?" wydaje sie byc strzalem w dziesiatke. Szukam milosci, ale notorycznie myle milosc z seksem. Szukam bliskosci i przyjazni, a notorycznie wybieram ludzi, ktorzy bliskosc sa w stanie ofiarowac jedynie po wypiciu lub wypaleniu wystarczajacej ilosci toksyn. Czyz to nie jest uroczo logiczne? Swiadomosc skutkow niestety nie towarzyszy nam w codziennym zyciu, a powinna. Tak wiec oprocz cynicznego "Bywa..." Alutki definitywnie trzeba sobie przyswoic jeszcze bardziej cyniczne, a moze po prostu banalnie prawdziwe "What did you expect?".
skomentuj (0)Jestem zmeczona, przepracowana, jedyne o czym marze to sen. Do tego jak jestem zmeczona i przepracowana to wpadam w dol - gigant, co ogolnie oznacza, ze dni mijaja beznadziejnie. Do tego... e whatever..
skomentuj (0)
Zeby napisac cokolwiek na temat ogromu wydarzen w ciagu ostatniego miesiaca. No tylko jak tu zaczac? W sumie chcialam (glownie dla samej siebie)napisac o Nim i o Koncu. Definitywnym, nieodwolalnym Koncu, o ktorym zdecydowalam jednak ja a nie tak jak przypuszczalam On. A koniec nadszedl calkiem banalnie. Pewnego wieczora po tym jak po raz kolejny zostalam idiotycznie i tchorzliwie oklamana olsnilo mnie - poczulam, ze juz nie czuje, nie czuje nic poza ogromem wspolczucia dla kogos, kto jest bardzo pomieszany, zagubiony i przestraszony. I o ile wczesniej tez podobnie o Nim myslalam to jednak dopiero w tamten wieczor poczulam, ze jestem w koncu wolna. Po dwoch latach. Wolna. Lubie go wspominac, lubie wspominac nas, ale teraz juz tylko sie usmiecham, juz nie boli.
Jesli zas idzie o to "I co dalej? I co teraz?" to mialam niewatpliwa przyjemnosc spedzic iscie szalona noc z pewnym Amerykanskim Czechem, ktory... okazal sie miec narzoczona... No i tu wlasnie czas przejsc do sedna. Od tygodnia zastanawiam sie nad tym co takiego przeskrobalam w poprzednich zyciach, ze jedyne co mozna ze mna robic to zdradzac a nie byc... Smutne to przemyslenia bo naprawde nie wiem czemu przyciagam facetow, ktorzy w skrocie rzecz ujmujac sa skonczonymi dupkami. Do tego wszystkiego kobietom ktore zdradzaja nie dorastam do piet!
Jest jeszcze ktos, kto przekonywal mnie usilnie od paru miesiecy o swym jakze niezmiernie silnym do mnie uczuciu, ktore okazalo sie byc dokladnie tak samo wyimaginowane jak wyimaginowany i nierealny byl obraz mojej osoby w glowie tego kogos. Oprocz tego moj drogi uduchowiony przyjaciel jest ciezko uzalezniony od marihuany co oznacza, ze jak dwaj pozostali tez jest tchorzem uciekajacym od bycia tu i teraz, no i od odpowiedzialnosci.
Poza tym... Co poza tym? Duzo pracuje, bardzo duzoi dosyc ciezko , dlatego zmeczenie powoli daje sie we znaki. Przy tym wszystkim caly czas staram sie dobrze bawic, zeby nie zapomninac, ze zyje ;)
Aha, no i stracilam przyjaciolke. Niestety nigdy takie proby charakteru jak wspolne wyjazdy nam nie sluzyly i choc mialam nadzieje, ze tym razem bedzie inaczej, bo "jestesmy juz teraz takie dojrzale, i tak dobrze sie znamy , a co najwazniejsze, nie zywimy do siebie wrogich uczuc", to niestety okazalo sie, ze to wszystko to po prostu "bull shit". Po zaledwie paru dniach jasne bylo, ze nie spedzimy tego lata tak, jak oczekiwalysmy.
Ech, no i wcale nie chcialam, zeby notka brzmiala pesymistycznie. Bo wcale pesymistycznie nie jest. Jest... intensywnie (ale przeciez tak lubie najbardziej) i czesto ekstremalnie (czego tez jestem amatorka).
And that's what it's all about!
Od dwoch lat marzylam, zeby spedzic z nim jego urodziny. Co za bezsens. Poza ta jedna rzecza wszystko jest ok. poza ta jedna. wyslalam smsa, nie dostalam nawet glupiego "dzieki". i wiem, ze to dobrze, wiem ze trzeba to skonczyc raz na zawsze i to on, to musi zrobic, ja nigdy bym nie potrafila. pieprze to, jade na plaze.
skomentuj (1)
Hmm, no i jak by tu zaczac... jestem z powrotem, na wyspie, w pracy, z ludzmi, z oceanem, z zielonoscia... i z nim jestem, tzn. nie, nie, zupelnie nie tak, wcale nie jestem z nim tylko obok niego, mijamy sie nawet o tym ne wiedzac, lub wymieniamy grzecznosciami w stylu "good to see ya"... i wczoraj kiedy zobaczylam go pierwszy raz nie wiedzialam gdzie sie podziac, ucieklam wczesniej i wracalam samotnie do domu, placzac i blagajac "please somebody take him away, out of my head, out of my heart". no i tak, boli, bardzo boli... bo nie chodzi juz o to, zeby isc raz czy dwa do lozka, chodzi o to, ze nie mozemy byc razem, i ja nie chce zebysmy byli razem ale... on jest we mnie, siedzi uparcie, nie potrafie tego opisac, ogarnia mnie melancholja, tesknie do niego.
w ogole jest mi koszmarnie dziwnie. wszystko jakos sie do gory nogami odwrocilo. zazdrosc jest fatalna ale jakos chyba zaczyna mnie dopadac... zabralam ze soba w tym roku przyjaciolke, na poczatku wydawalo sie, ze zupelnie sobie nie radzi, az tu nagle pierwszego dnia pracy okazalo sie, ze nie bedzie pracowala tam gdzie miala pracowac, tylko zabieraja ja do wypozyczlani rowerow, gdzie aktualnie robi krotko mowiac kariere, jest uwielbiana przez szefow, do tego rower ktory nie wiedzialam czy bede mogla jej zalatwic, ona dostala od szefa a mnie zostaly moje nogi, a no i do tego wczoraj zlapala kolesia, ktory podobal mi sie od dwoch lat... wiem jak to wszystko kretynsko brzmi, w koncu ciesze sie, ze dobrze jej idzie ale ja jakos tak... zaczynam sie wycofywac, skupiam sie na pracy, to jedyny czas kiedy nie mysle o wszystkim co mnie boli, boje sie, ze za chwile przestane chodzic na imprezy, zamkne sie totalnie w sobie, bede chodzila do pracy i na samotne spacery po plazy.
jestem beznadziejna
nie wiem gdzie jest ta "ja"
"Pragnienie jest jak lęk. Jesli czegos pragniesz, to tak naprawde boisz sie, ze tego nie masz, lub ze tego nie dostaniesz."
skomentuj (3)
Parę dni temu dowiedziałam się, że jestem chora na cos, co może uniemożliwić mi zajście w ciąże w przyszłości. Pani doktor rzuciła „tylko proszę sobie nie ubzdurać, że nie będzie pani mogła mieć dzieci... No w każdym razie radziłabym jednak nie zwlekać za długo z tą decyzja.”
Odkąd zaczęłam robić badania, które miałam nadzieje nie wykażą tej choroby dużo myślę o dzieciach. O moich przyszłych dzieciach, o głodujących dzieciach w Afryce, o dzieciach mam na ulicy, o sobie – dziecku.
Wzruszam się.
A parę dni temu cos się wydarzyło. Jutro mam zdawać ważny egzamin i jak zwykle już od paru tygodni funkcjonuje w nieznośnym stresie. Jestem płaczliwa i krzyczę. Krzyczę głównie na mamę, choć ostatnio układa nam się naprawdę, zaskakująco dobrze. W każdym razie wieczorem w przeddzień wizyty u ginekologa, w jednym z tych kryzysowych momentów odezwało się we mnie cos innego, cos niespodziewanego. Zaczęło we mnie krzyczeć dziecko. Wołało „Mamo!” I leżałam tak lewą ręką ściskając poduszkę, a prawą głaszcząc się po głowie, przypominając i wyobrażając sobie jak robiła to moja mama uspokajając mnie i usypiając. Mówiłam do siebie, do malej dziewczynki we mnie „Cicho, cichutko, już dobrze, wszystko będzie dobrze, spokojnie, już nie płacz.” I ukołysałam ją do snu.
Myślałam dużo o tym, co się we mnie zdarzyło. Dużo nabrało sensu, dużo wydarzeń z przeszłości, moje próby samobójcze – moje rozpaczliwe wołania o to, żeby ktoś, żeby moi rodzice zauważyli moja bezradność i to, że wcale nie jestem „duża”. Moje zatracanie się w dziwnych związkach, których największym atutem okazywało się być to, że ktoś się mną opiekuje. Moje życie, moje wybory, zdarzenia - nabrały ostrości, nabrały sensu. Myślę teraz, że za wcześnie kos kiedyś kazał mi dorosnąć. Myślę, że ta mała dziewczynka budzi się, co jakiś czas i zaczyna dopominać się uwagi, a potem zaczyna krzyczeć i zadawać mi ból od środka, żebym tylko ja zauważyła i dala jej dojść do głosu. I to towarzyszące mi od lat okrutne poczucie osamotnienia.
To jest chyba historia, jakich miliony. Z psychologicznego punktu widzenia jest prawdopodobnie koszmarnie banalna. Ale dla mnie jest przełomowa. Mam wrażenie, że jest tym, na co czekałam od wielu miesięcy, tym, o czym pisałam. Ma dla mnie szczególne znaczenia, bo odkąd pamiętam za najważniejszą wartość uznawałam „odpowiedzialność”, „Bądź odpowiedzialna córeczko! Musisz być dorosła córeczko!” Odpowiedzialność, niezależność, rzetelność... A gdzie miłość?
Dzieci są bezradne, potrzebują pomocy i zrozumienia, potrzebują opieki a ponad wszystko potrzebują miłości, mądrej miłości. Chciałabym dać sobie prawo do bycia bezradną, chciałabym się przyznać, że często potrzebuje pomocy.
Chciałabym odnaleźć to dziecko, przypomnieć sobie, i robić to, co cieszyło mnie najbardziej, kiedy byłam dzieckiem.
Na drugi dzień potwierdziły się przypuszczenia o chorobie.
Nie wiem czy będę miała szansę odkrywać to wszystko i dawać miłość mojemu dziecku. A teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej czuje, że to jest najważniejsze.
W Warszawie byłam =D
Placze ze szczescia. zapomnialam, ze jestem tak niemilosierna szczesciara. bo trzeba miec cholernego farta, zeby byc swiadkiem i uczestnikiem takiego wydarzenia, wsrod tych wspanialych ludzi, z tak przecudownym przewodnikiem i opiekunem. ostatnio narzekalam na socjofobie... a przez trzy dni spalam, myslam sie i sluchalam wykladow wsrod dwoch tysiecy osob, z dwoma tysiacami osob. bolace kolana i posladki od niezliczonych godzin na poduszce medytacyjnej. i to wszystko sprawia, ze czuje ze zyje, czuje ze jestem i czuje jak wiele jeszcze przede mna. niczego nie zaluje, wszystko jest jasne i przejrzyste. wiem.
pytanie:
jak mozna poradzic sobie z niska samoocena nie wzmacniajac jednoczesnie ego?
Odpowiedz:
zajmij sie tym, co masz przed nosem i nie analizuj. byl kiedys maly mis - filozof. mama misiowa chciala nuczyc misia chodzic, ale maly mis zastanawial sie ktora lapka ma zaczac, jak ja postawic, w ktorym kierunku. az w koncu mama misiowa rzucila miske z jedzeniem daleko od malego misia, i ten nie zastanawiajac sie juz zaczal ja po prostu gonic.
pytanie: mieszkam w miejscu, gdzie nie ma osrodkow, staram sie praktykowac sam ale jest to trudne, co mozna zrobic w takiej sytuacji?
odpowiedz:
obetnij wlosy, zaloz na biodra czerwony recznik i zadmij w kozi rog - sam stan sie pierwszym lama w swojej okolicy :D a powaznie, postaraj sie aby w okolicy w ktorej mieszkasz w ksiegaranich byly dostepne nasze ksiazki, umiesc w nich, lub w lokalnej gazecie informacje o sobie, czyim jestes uczniem i o tym, ze w kazdy czwartek prowadzisz medytacje. predzej czy pozniej ktos sie do ciebie zglosi.
pytanie:
dlaczego nie moge stworzyc stalego, szczesliwego zwiazku parterskiego?
odpowiedz:
jesli chodzi o kobiety najczesciej przyczyna tkwi w tym, iz w poprzednich zyciach byly bardzo krzywdzone i obiecaly sobie, ze nigdy wiecej im to sie nie przydarzy.
no popatrz, a ja bym mogla tej wiadomosci w ogole nie dostac... wlasciwie nie korzystam w ogole juz z tego adresu, sprawdzam tylko raz na jakis bardzo dlugi czas.
utwor dobrze mi znany, a raczej zagrzebany w glowie bo nie moge przypomniec sobie skad go tak dobrze znam, kiedys na pewno spiewany, ale gdzie, jak z kim? nie pamietam...
prosiles, zebym napisla o projektach szkolnych i muzycznych. ech... muzyczny projekt jeden ma szanse wypalic. premiera prawdopodobnie jednorazowa i dopiero majowa. i choc to nie do konca to o czym marze, to jednak jestem szczesliwa, ze znowu mam szanse stanac na scenie. czy sie cofam? chyba nie, chyba po prostu zaczynam od poczatku, nie latwo wskoczyc na to samo miejsce, na ktorym sie bylo 5 lat temu. choc to tez nie do konca prawda, czlowiek na zupelnym poczatku nie dostaje szansy (drugiej) na wlasny recital. zaczynam wierzyc w to, ze to jedyny sposob komunikacji ze swiatem jaki mi wychodzi. nie musze udawac, moge plakac a jeszcze dostane za to brawa... czyz to nie wspaniala negacja wspolczesnego swiata codziennego, pracy, szkoly... mitu bycia silnym i samowystarczalnym. przypominaja mi sie twarze ludzi w czasie moich wystepow i czuje sie troche zaklopotana... czy to naprawde ja wywoluje ten ogrom emocji? uwierz, to niezmiernie trudne do zrozumienia dla kogos, kto cale zycie czul sie "nie wystarczajaco... jakis". i czyba wtedy mnie to przeroslo, przestalam byc szczera. pamietam dokladnie dzien, w ktorym spiewalam po raz ostatni "Amsterdam"... zeszlam ze sceny i pomyslalam: "doszlas do perfekcji, nie czujac nic, wystudiowanymi ruchami rak i warg sprawilas, ze sala placze z zachwytu i wzruszenia". i dlatego odeszlam. nie moglam klamac. okrutna naiwnosc i wiara w to, ze w tzw. zyciu trzeba byc szczerym. nie umiem sie oduczyc.
szkola... jest ciezko, i nie radze sobie z "akademickimi dyskusjami". przeraza mnie ogrom agresji slownej i ta ciagla walka, jakas okrutna i bezwzgledna rywalizacja. nie, nie tak jak na prawie, gdzie ludzie oklamuja sie co do daty egzaminow. nie... my tworzymy jedna wielka filozoficzna rodzine, tyle tylko, ze jak to w rodzinie poziom antagonizmow wzrasta bolesnie. a ja nie chce walczyc, nie chce przekonywac, ja chce sie dzielic... czy to takie niewiarygodnie nie na miejscu? i chyba tylko na zajeciach u mojej nowej promotor czuje sie swobodnie. nikt nie wymaga ode mnie mitycznej zimnej analitycznosci myslenia. (choc, kto wie, czy przypadkiem nie doszlam do granicy analitycznosci i dawno jej juz nie przekroczylam, nie mogac znalezc drogi powrotnej)
mam w glowie pomysl, zaczatek teorii. kiedys to wszystko spisze. nie wiem czy odwaze sie komus pokazac.
no dobrze, dosyc tego "dzielenia sie" ;)
spij spokojnie
calusy dwa
zmeczona ostatnim miesiacem postanawiam (poki nie jest za pozno i poki nie zmarnowalam jeszcze raz tyle czasu), ze czas najwyzszy przestac sie zadreczac... czymkolwiek sie zadreczac. co do ostatniego miesiaca to glownie tym pieprzonym egzaminem, nic dobrego z tego i tak nie bedzie. jedyne czym to skutkuje to totalnym otumanieniem. koniec, koniec, koniec, mam szczerze dosyc. czas sie podniesc, przestac nad soba rozczulac i korzystac z zycia. w ostatecznosci zdam sie na swoja wrodzona blyskotliwosc i bede bezczelnie zmyslac. w takich chwilach staram sie pamietac o tym, ze Ole notorycznie wzywa nas do bycia "nieustraszonymi". i taka wlasnie chce byc, chce byc przede wszystkim "nieustraszona" bo zauwazam z niepokojem, ze moje zycie pieprzy sie glowinie dlatego, ze za grosz nie ma we mnie nieustraszonosci wlasnie. w skrocie rzecz ujmujac jestem przerazliwym tchorzem. czas zdobyc sie na odwage, we wszystkim. w szkole, w przyjazniach, w milosciach, w ogole w zwiazkach z ludzmi i ze swiatem, no i przede wszystkim z sama soba... kazdego dnia, w kazdej godzinie (jesli tylko nie jestem akurat za bardzo zajeta uzalaniem sie nad soba) czuje jak sie rozwijam, jak rozumiem coraz wiecej, i dojrzewam do tego zeby odkryc prawde... ten moment zbliza sie, a ja juz wierce sie strasznie na krzesle bo nie moge sie doczekac. i pomimo, ze nadal paralizuje mnie strach przed tym, ze moje zycie mogloby sie tak drastycznie zmienic, to nieustraszonosc szepce do ucha, ze to moze oznaczac prawdziwa wolnosc. i choc czasem skutkiem wolnosci moze byc obolaly tylek od upadku ze zbyt wysokiego stopnia schodow, to przezciez dobrze wiem ze "poboli, poboli i przestanie". a jak juz przestanie to bede wiedziala jak to jest spasc ze zbyt wysokiego stopnia schodow, i nastepnym razem nie bede sie w tej mojej wolnosci na niego wdrapywac. a moze wrecz przeciwnie, moze pomimo tego, ze bedzie bolalo, wybiore jednak ekscytacje skoku z tego cholernego za wysokiego stopnia? i to jest wlasnie to: bede wiedziala i o te wiedze moj wybor bedzie bardziej swiadomy, bedzie naprawde wyborem a nie bezmyslna "bezwladnoscia istnienia". a poza tym, wszystko ma swoj czas i miejsce... moze nie warto sie spieszyc, moze warto smakowac i doswiadczac, moze po prostu warto "wrzucic na luz" ;D
skomentuj (1)
nie wiem czemu ale wlasnie mi sie ta piosenka przypomniala, co wiecej przypomnialo mi sie, ze jakos szczegolnie mnie ona wzruszala.
"a ja wole moja mame,
co ma wlosy jak atrament,
czarne oczy jak moj mis,
i plakala rano dzis"
w ogole to dziwnie mi z moja mama, dziwnie nam sie uklada, usilnie chce wierzyc, ze coraz lepiej ale sama juz nie wiem... czasem mnie wzrusza i lubie kiedy tak jest bo zapominam o tym jak bardzo czasami nie moge jej zniesc. chociaz... nie wiem co sie stalo, ale ostatnio oprocz mnie samej, zadko kto mnie denerwuje tak bardzo, zebym mowila, ze nie moge tego kogos zniesc... jest wprost przeciwnie, strasznie, strasznie chce kochac ludzi.
......................................
raz na jakis czas ktos mnie nawiedza, okropnie intensywnie mnie nawiedza, nie bardzo wiem, co z tym zrobic, chyba po prostu przeczekac... plakac mi sie troche chce i przytulac...
i chce miec meza i dzieci ;)
chyba...
mam taki glupi wewnetrzny dylemat. wszedzie wmawia sie ludziom, ze im bardziej kogos szukasz tym masz mniejsze szanse na znalezienie, ze w ogole nie chodzi o znalezienie tylko... jakies kurcze nie stad ni zowad spotkanie... no to wmowilam sobie, ze nie szukam, co wiecej, ze nie chce wcale... i okrutnie boje sie przyznac, ze chce, bo jak juz sie przyznam to... no wlasnie, co? ech, co za bzdury!
no i co by tutaj... jako, ze zwykle zamieszczam notki przy okazji jakichs prominentnych wydarzen to moze warto uwiecznic moment zmagania sie z onto.logia... nie dla samej onto.logii bynajmniej, he he... ale ku pamieci mego heroizmu! nie da sie bowiem inaczej nazwac tego czym sie wykazuje przy okazji zmagania sie z "dziedzina prosiaka" i choc "prosiak" to moje ulubione slowo, przeklada sie to nijak na przedmiot, ktory wyklada (tzn. wyklada postac o tym dzwiecznym - wdziecznym pseudo). co gorsza postaci tez nie lubie i przebolec nie moge, ze ogol jak i ja sama, tak bezwzglednie zawlaszczamy sobie moje ulubione slowo do jej okreslania.
jest dobrze... nauka nie idzie w las --> nie rozumiem juz prawie nic z tego, co przed chwila napisalam. zawsze uwazalam, ze filozofem moze byc kazdy, wystarczy tylko wzbic sie na wyzyny nic nie znaczacej abstrakcji.
i choc nigdy nie odmowie filozofii sensu, z lekkim smutkiem odmawiam jej znaczenia, znaczenia w kontekscie tego, jak chce dalej zyc. choc moze dotyczy to tylko filozofii akademickiej? w koncu tak wiele odkrywam kazdego dnia i moze tylko nie chce aby ktos ubieral to w zgrabne koncepcje, ktorych "trzeba nauczac"?
ostatnio j. sprowadzila ten rodzaj filozofii do zenujacych wysilkow wkucia uczniom w podstawowce konkretnych i jedynych (!) odpowiedzi na pytanie "co autor mial na mysli?"
w sumie to nie dotyczylo jedynie filozofii akademickiej ale chyba rowniez wszelkich dzialan akademickich zwiazanych z interpretacja literatury.
ech biedni my, ktorzy dajemy sie na to wszystko nabrac, a dajemy... czasem. a czasem tez cos swita nam w glowach i wtedy... chcemy rzucac studia i zajmowac sie "zyciem".
czemu nie podazamy za przeblyskiem swiadomosci? czemu boimy sie zyc tak jak chcemy? czemu wreszcie zmuszamy sie do zycia, ktore nas dreczy? czy tzw. racjonalne myslenie, nie powinno kierowac nas ku wyborom powodowanym jedyna pewna przeslanka - tym, ze nie wiemy kiedy przyjdzie smierc, a przyjdzie na pewno? jak zylby kazdy z nas gdyby faktycznie mial swiadomosc smierci? czy doprowadzilo by to nas do stanu naturalnego wg. Hobbesa?
a moze tu wlasnie ukryta jest tajemnica. moze jedynym powodem, dla ktorego odwodzi sie nas od zycia tu i teraz, i kieruje ku temu "lepszemu" po smierci, jest koniecznosc utrzymania ludzi w ryzach, koniecznosc utrzymania porzadku spolecznego. w koncu gdyby nie istnialy pewne struktury, w ktore namietnie nas sie wciska i ludzie nie szukali by obiektywnego celu swojego zycia, robili by wszystko to na co mieli by ochote. mogli by byc wolni, naprawde wolni, a nie tylko wolni do wyboru tzw. dobra.
ktos usilnie chce nam wmowic, ze aby "zyc dobrze" trzeba chodzic do szkol, robic kariere, czy wreszcie miec rodzine. a moze zyc dobrze, to banalnie - zyc w zgodzie ze soba?
Soba? Mna teraz, kiedy nie chce mi sie uczyc onto.logii czy mna za 2 dni, kiedy bede chciala wykladac gender studies? czy moze jeszcze ta mna, ktora chce zyc na BI i spiewac piosenki od rana do nocy?
........................................
chyba przechodze ciezki kryzys tozsamosci
;)
Za jedno z najwyzszych osiagniec ruchu feministycznego uwazam odzyskanie a moze wrecz stworzenie czegos, co mozna nazwac "archetypem kobiecej przyjazni". Coraz wiecej kobiet w dzisiejszych czasach nie umie badz nie chce tworzyc zwiazkow z mezczyznami. O ile nie do przecenienia wydaje sie byc wplyw na kobiete meskiego pierwiastka zarowno na plaszczyznie fizycznej jak i metafizczynej, o tyle okazuje sie, ze absolutnie nie spelnia on swej oslawionej roli epicentrum jej egzystencji. Do momentu kiedy jedynym i najwyzszym celem kobiety bylo zdobycie partnera - kandydata na ojca swych dzieci, jakakolwiek autentyczna przyjazn miedzy kobietami zwyczajnie nie mogla miec miejsca, ustepowala ona przypisywanej od wiekow wlasnie kobietom chorobliwej zazdrosci. W miare rozwoju cywilizacji okazalo sie jednak, iz zarowno kobiety jak i mezczyzni ulegli fatalnej, wedlug niektorych, zmianie. Kobiety oto zyskaly autorytarna moc kierowania swoimi losami zupelnie niezaleznie od mezczyzn, ci natomiast zrzuceni z piedestalu z bolesnie poranionym ego nie umieli stanac na wysokosci nowego zadania, ktore wymagalo od nich ustawienia sie w pozycji obok a nie ponad kobieta, w pozycji rownoprawnego partnera. Nie dziwi to jednak w obliczu faktu, iz sama koncepcja partenrstwa jest im jakze obca, wymaga ona przeciez duzo wiekszego wysilku w dazeniu do zrozumienia a nie opanowania drugiej osoby, wymaga raczej koniunkcji szeregu cech w obrebie jednej tozsamosci anizeli alternatywy dwoch typow tejze tozsamosci, wymaga wreszcie uznania wlasnej slabosci. W dzisiejszej rzezczywistosci to wlasnie kobiety spelniaja "wymogi" partnerstwa i wydaje sie byc oczywiste, ze nie tylko na oslawionej, przypisanej kobietom, plaszczyznie emocjonalnej ale przede wszystkim intelektualnej. To wlasnie intelektualne partnerstwo kobiet moze wydac owoce cenniejsze niz kiedykolwiek, bowiem wypracowane na drodze dialogu, na drodze wzajemnego zrozumienia a nie rywalizacji. Kobieca "natura" kryje w sobie paradoks, ktorego mezczyzna nie jest w stanie zrozumiec, a ktorego pragnie lecz nie ma odwagi posiasc - kobieta jest jednoscia oparta na sprzecznosciach, jest odwieczna dziwka i dziewica w jednym... Mezczyzna natomiast nigdy nie jest niczym wiecej jak rycerzem lub lotrem.